Dotychczasowa polityka władz Stolicy wobec Seniorów pozostawia wiele do życzenia. Na pozór wszystko jest podobno jak należy – w zeszłym roku w maju Rada m.st. Warszawy podjęła nawet uchwałę o przyjęciu Polityki senioralnej. W praktyce jednak sytuacja tej grupy osób (ok. 30% mieszkańców miasta) najlepiej wygląda, no cóż… na papierze.
Nie będę się tu rozwodził nad przyczynami takiej sytuacji. Mogę jedynie wspomnieć o obsesyjnym wręcz u polityków (a zatem decydentów – i to każdego szczebla) umizgiwaniu się do młodego pokolenia (od nastolatków począwszy). Dotyczy to nie tylko kokietowania młodzieżowego elektoratu różnego rodzaju propozycjami i hasłami, ale też prześcigania się liderów partii politycznych w prezentowaniu młodych działaczek i działaczy. Ba, sami ci liderzy starają się za wszelką cenę „odmłodzić” wizerunek polityczny (często i wygląd) upodobniając się do adresatów owych umizgów. No cóż, wychodzi to śmiesznie, a nawet często żałośnie, zwłaszcza gdy taki podstarzały „bobo-piernik” używa z upodobaniem określenia „dziaders” wobec swoich adwersarzy w podobnym wieku.
Dlatego jako radny Warszawy będę walczył o to, by Seniorzy rzeczywiście byli w Warszawie traktowani z należytym szacunkiem i mogli czuć się w swoim mieście bezpiecznie!
Lech Jaworski
kandydat do Rady Warszawy
z listy Trzeciej Drogi
Bezpieczeństwo na chodnikach
Poza pięknie brzmiącymi deklaracjami, oficjalnie przyjmowanymi przez władze różnego szczebla, pozostają konkretne problemy, które pozostawiają Seniorów w poczuciu kompletnego wykluczenia. Można oczywiście pisać o szkołach tańca czy dyskotekach dla Seniorów, ale – nawet przy założeniu, że jest to dla nich paląca potrzeba – najpierw wypada się zastanowić jak mają oni tam dotrzeć. Mam niestety wrażenie, że problem wygody i bezpieczeństwa Seniorów na ulicach Warszawy nie spędza nikomu snu z powiek. A precyzyjnie rzecz ujmując – szczególnie dotyczy to bezpieczeństwa na miejskich chodnikach.
Tym, którzy tego nie wiedzą (myślę tu szczególnie ciepło o części miejskich aktywistów-cyklistów), przypominam, że chodnik służy do chodzenia (jak sama nazwa wskazuje, prawda?). Tymczasem w Warszawie często strach się po nim poruszać i trzeba mieć oczy wokół głowy, żeby nie ulec zderzeniu z dumnie i na wyścigi poruszającymi się rowerzystami i użytkownikami elektrycznych hulajnóg.
To dobrze, że miasto sprzyja tego rodzaju transportowi, ale warto zauważyć, że dzieje się to kosztem fundowania prawdziwego horroru innym uczestnikom ruchu drogowego. Ba, ilość rowerzystów powiększyła się znacznie na skutek, spowodowanego pandemią, wzrostu zapotrzebowania na usługi kurierskie realizowane właśnie w tej formule. Tyle tylko, że transport taki powinien odbywać się po jezdniach i wyznaczonych do tego trasach rowerowych, a nie po chodnikach na których, de facto, nie mają zastosowania żadne reguły bezpieczeństwa. Chociaż szereg przepisów formalnie istnieje (dopuszczając ruch rowerowy na chodniku tylko w ściśle określonych okolicznościach), to nikt tych regulacji ani nie przestrzega, ani nie egzekwuje. Nie sądzę, żeby rowerzyści z prawdziwego zdarzenia pochwalali takie praktyki.
Ani policja, ani ratusz, ani niestety również straż miejska, nie podjęli praktycznie żadnych działań mających na celu zwalczenie szerzącej się patologii w tym zakresie. Czyżby władze Warszawy bały się wzbudzać niechęć silnego lobby rowerowego? Niebezpieczeństwo dla pieszych (przede wszystkim dla tych najstarszych i najmłodszych) ze strony użytkowników rowerów i hulajnóg niestety poważnie wzrasta.
Nie będę przy okazji ukrywał, że sam mam przykre doświadczenia w tym zakresie. Mój teść potrącony został na chodniku przez „byczka” na elektrycznej hulajnodze – przewrócił się, uderzył głową w chodnik, zaś agresor pomknął dalej. Kilkakrotnie, gdy zdarzało mi się zwrócić uwagę niebezpiecznie jadącemu po chodniku rowerzyście, jedynym co osiągnąłem były wyzwiska. Przy czym nazwanie mnie „starym dziadem” było jednym z łagodniejszych.
Stanowczo protestuję przeciwko głupim praktykom sprawiającym, że zwłaszcza Seniorzy nie mogą czuć się na chodniku bezpiecznie – zagrożenie, de facto, może być dla nich zagrożeniem życia. I uważam, że nowe władze Warszawy powinny stanowczo rozwiązać ten problem.
Miasto musi zacząć montować windy!
Kolejny problem, który w życiu wielu Seniorów stanowi poważne wyzwanie, to… dotarcie do własnego mieszkania. Dokładnie. W Warszawie jest bardzo dużo budynków o trzech i czterech piętrach, w których po wojnie nie montowano wind – tak budowano praktycznie do końca lat 60. zeszłego wieku. Budowano z myślą o ludziach młodych i ich rodzinach. Tyle że ci ówcześnie „młodzi”, a nawet ich dzieci, zdążyli już przestać być młodzi… I wejście na czwarte piętro, dla wielu z nich, to nie tylko ogromny wysiłek, ale często wyzwanie przekraczające ich możliwości.
Sam znam osoby, w mocno podeszłym wieku, dla których wyjście z domu (nawet przy pomocy opiekuna) niemal jest niemożliwe. Tak, Szanowni Państwo, wielu jest w Warszawie takich „wolnych więźniów”.
Tymczasem można pomóc tym ludziom oraz wszystkich kolejnym, którzy dopiero w perspektywie mają osiągnięcie senioralnego wieku. Mam tu na myśli instalację wind zewnętrznych, które niezbędne są również osobom niepełnosprawnym. Koszt takiego przedsięwzięcia to kilkaset tysięcy złotych (na budynek) i mam wrażenie, że wydatek taki byłby znacznie bardziej uzasadniony niż np. tzw. strefa relaksu (osławiony letni ogród na placu Bankowym – „urządzony” kosztem likwidacji ważnego i znajdującego się przed ratuszem miejskim parkingu samochodowego). W każdym razie, biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa, warto pomyśleć zawczasu o nowych rozwiązaniach i udogodnieniach dla Seniorów.
Wydaje mi się, że rządząca obecnie Warszawą ekipa obiecywała coś w tym zakresie w ramach poprzednich wyborów samorządowych, tyle tylko, że… były ważniejsze sprawy. Osobiście uważam, że kompleksowy program dotyczący budowy takich wind w naszym mieście powinien zostać niezwłocznie przyjęty i zrealizowany.
Seniorzy muszą być dobrze poinformowani!
Nie wystarczy przyjmować uroczyście deklaracji i uchwalać pozytywnych dla Seniorów rozwiązań – trzeba jeszcze, aby Seniorzy o tym wiedzieli. A komunikacja informacyjna w tym zakresie jest mocno nieskuteczna. Opiera się ona głównie na Internecie oraz mediach społecznościowych.
Funkcjonowanie takich środków przekazu jest, samo w sobie, uzasadnione i pozytywne. Seniorzy jednak, choć Internet nie jest wcale środkiem przekazu im obcym (w odróżnieniu od młodzieży) nie „siedzą” w nim od rana do wieczora i dlatego szereg informacji po prostu do nich nie dociera. Głównym środkiem komunikacji dla Seniorów jest wciąż tradycyjna telewizja, radio i słowo pisane a także… osobisty kontakt. Czy byłoby więc niemożliwością, aby po szumnie ogłoszonym „odzyskaniu” TVP doprowadzić, przy udziale warszawskiego samorządu, do utworzenia w stołecznych programach lokalnych specjalnego „okienka dla Seniorów”, dzięki któremu mogliby zapoznawać się z tym wszystkim, co pomogłoby im w rozwiązywaniu ich problemów? Przydałoby się to również warszawskiej TVP, która mogłaby dzięki temu choć trochę zwiększyć swoją niszową oglądalność.
Przemyślana dystrybucja drukowanych informatorów też nie wydaje się przedsięwzięciem niemożliwym. Nie mówiąc już o uruchomieniu specjalnych „okienek” dla Seniorów w warszawskich urzędach dzielnicowych. Jestem absolutnie przekonany, że cieszyłyby się popularnością i zostały docenione. A generalnie rzecz ujmując stanowczo uważam, że warszawscy Seniorzy zasługują również na to, aby w stołecznym ratuszu ustanowiony został wreszcie urząd Pełnomocnika ds. Seniorów (bo np. Pełnomocnik ds. komunikacji rowerowej już funkcjonuje). Pełnomocnik taki skupiłby się nie tylko na tych problemach, które wskazałem powyżej, ale i na wielu innych, o których ze względu na ramy niniejszego artykułu nie dało się już wspomnieć.
Artykuł zakończę refleksją, że życie człowieka jest ograniczone czasowo, ale statystycznie większość z nas dożywa podeszłego wieku. Pamiętajmy więc o tym, że każdy może zostać Seniorem i to szybciej niż mu się wydaje.
